22 wrzesnia - im. o. Maurycy
Aktualności

Pogrzeb o. Aleksandra Kwaśnego OFM

Data dodania: 2017-09-01

Pogrzeb o. Aleksandra Kwaśnego OFM

We wtorek (29.08.2017r.) w Rybniku odbył się pogrzeb śp. o. Aleksandra Kwaśnego. Podczas Mszy św. Słowo Boże wygłosił o. Bernard Marciniak, Minister Prowincjalny. Poniżej zamieszczamy treść homilii:

"Umiłowani bracia w życiu kapłańskim i w życiu konsekrowanym z ojcem prowincjałem Antoninem, kochana rodzino śp. O. Aleksandra, drodzy koledzy z klasy wraz z wychowawca, drodzy bracia i siostry - uczestnicy pogrzebu. Nekrolog informuje nas: O. Aleksander Kwaśny, gwardian klasztoru w Bludenz, zmarł po ciężkiej chorobie dnia 18 sierpnia 2017 r., ok. godz. 17.15 w szpitalu w Feldkirch w Austrii. Miał 61 lat, 35 lat kapłaństwa i 42 lat życia zakonnego. Moi drodzy, przychodzi mi wygłosić mowę pogrzebową i okolicznościowe kazanie na temat starszego współbrata, kapłana, mojego wykładowcy, którego z wielką osobistą wdzięcznością wspominam szczególnie jako wikariusza prowincji. Podchodzę więc do tego zadania z wielkim przejęciem, bo mam mówić o wyjątkowym człowieku, o którym z pewnością powiedzieliby lepiej inni, jego rówieśnicy/przyjaciele, którzy go wspaniale znali i pokochali jak brata od najmłodszych lat życia zakonnego.

Eugeniusz Kwaśny urodził się w 1956 r. jako syn Rudolfa i Anny zd. Śmiatek, w Rybniku. Jego rodzina mieszkała w parafii pw. św. Antoniego Padewskiego. Po dwóch tygodniach od urodzin został przez swoich bogobojnych rodziców przyniesiony do Chrztu św. Sakrament bierzmowania natomiast przyjął w wieku 11 lat w kościele klasztornym pw. św. Józefa w Rybniku. Po ukończeniu szkoły podstawowej w latach 1971 - 1975, uczył się w Technikum Górniczym w Rybniku na wydziale Ekonomiki i Organizacji Przedsiębiorstw Przemysłowych. Ze świadectwa, które złożył wstępując do zakonu wynika, że bardzo lubił wychowanie fizyczne. Maturę dodatkową zdawał z geografii. Na świadectwie maturalnym pośród szczególnych osiągnięć ma wpisane, że zajął III miejsce w piłce koszykowej na Ogólnopolskiej Spartakiadzie Szkół Ministerstwa Górnictwa i Energetyki. Tak też sport był jego pasją przez całe życie. Grał w piłkę nożną zarówno w młodości, jak i w nowicjacie, w seminarium, jak i później we Wschowie czy Wronkach, w grupie tzw. old boy'ów, jako młody kapłan. Gdy obowiązki i siły mu nie pozwalały na granie chętnie oglądał transmisje sportowe.

Do Zakonu Braci Mniejszych - Franciszkanów wstąpił w 1975 roku. Rodzice pobłogosławili jego wybór. 7.09.1975 przywdział strój zakonny i przybrał imię Aleksander. W prośbie skierowanej do prowincjała tak uzasadnił swoją decyzję: W ósmym roku życia wstąpiłem do grona  ministrantów... Częste uczestnictwo we Mszy świętej wzbudziło we mnie pragnienie służenia Bogu i bliźnim na zawsze. Już w nowicjacie był bardzo lubiany i ceniony jako lider. Dlatego też był seniorem. Zachowała się jedna z próśb z tamtego okresu nowicjusza Aleksandra, która w swej formie zdradza jego wyjątkowo subtelną wrażliwość na człowieka. Jest to cecha, która obok łagodności, przez całe życie wyróżniała o. Aleksandra. Za nie był bardzo ceniony jako człowiek, franciszkanin, jako kapłan przystępny i spokojny. Za nie był także kochany.

Do ówczesnego prowincjała, o. Damiana Szojdy, napisał więc: 

[...] pokornie proszę o umożliwienie mi wyjazdu do domu rodzinnego w okresie Świąt Wielkanocnych. Na tym wyjeździe bardzo mi zależy, nie ze względów osobistych, gdyż w nowicjacie czuję się bardzo dobrze i jestem szczęśliwy. Chodzi mi o moich kochanych rodziców, którzy poza mną nikogo nie mają, gdyż jestem jedynakiem. Rodzice moi w tym czasie obchodzić będą 20 - lecie swego pożycia małżeńskiego i z tej okazji będzie zjazd rodzinny. Zdaję sobie sprawę, że beze mnie na tej uroczystości będzie więcej łez niż uśmiechów. Tak bardzo chciałbym im zrobić radość moim przyjazdem, a tym samym zaoszczędzić im bólu.

Ówczesny minister prowincjalny wyraził zgodę na ten wyjazd.

Po roku nowicjatu, dnia 5.09.1976 nowicjusz Aleksander złożył śluby rad ewangelicznych na ręce ówczesnego prowincjała o. Damiana H. Szojdy. W swoim podaniu dot. ślubów wyznał m.in. chcę nadal ćwiczyć się w naśladowaniu Jezusa Chrystusa na wzór św. Franciszka, aby przez to przygotować się do ślubów wieczystych. Studia seminaryjne odbył w Katowicach w latach 1976 - 1982.  Profesję wieczystą złożył 9.02.1980 w tymże kościele klasztornym pw. św. Józefa w Rybniku, na ręce o. prowincjała Damiana H. Szojdy. W podaniu napisał: zamierzam złożyć śluby uroczyste w Zakonie franciszkanów dobrowolnie i bez żadnego przymusu. Mam nadzieje, że za łaską Bożą ślubów tych dotrzymam aż do końca swego życia. Święcenia kapłańskie przyjął 7.04.1982 r. z rąk ks. bpa Herberta Bednorza w kościele klasztornym św. Ludwika w Katowicach. Prymicje 18 kwietnia 1982 w tymże kościele św. Józefie w Rybniku.

Jego pragnieniem były misje. Zachowała się prośba o. Aleksandra, w której napisał: Pragnąłbym poświęcić się pracy misyjnej wśród czarnoskórych braci, by w ten sposób służyć Kościołowi, Zakonowi i Prowincji. [...] Jestem świadom, że to, czy moja prośba zostanie zrealizowana, jest uzależnione od wielu czynników i okoliczności, a najważniejszym jest czynnik Boski, dlatego nie przestaję się modlić o łaskę powołania misyjnego. O. Aleksander nie miał chyba jednak mocnego zdrowia i być może to zdecydowało, że na misje nie pojechał. 

Po święceniach o. Aleksander krótki czas był wikarym parafialnym w Katowicach - Panewnikach. W latach 1983-1988 odbył studia specjalistyczne z zakresu teologii dogmatycznej na KUL-u. Wtedy też kilkukrotnie wyjeżdżał do Austrii, aby uczyć się języka niemieckiego, którym później przez wiele lat w czasie wakacji posługiwał duszpastersko w Niemczech. Po latach znajomość tego języka pozwoliła o. Aleksandrowi podjąć służbę duszpasterską w Austrii na stałe i to w charakterze gwardiana domu w Bludenz. Po studiach w KUL o. Aleksander był magistrem kleryków w WSD w Panewnikach (1988-1989), magistrem nowicjatu w Osiecznej (1989-1991), wice magistrem postulatu we Wschowie (1991-1992). W marcu 1991 r. został wpisany w poczet członków nowej prowincji pw. św. Franciszka z Asyżu z siedzibą władz prowincjalnych w Poznaniu.

W podaniu o przyjęcie do nowopowstałej prowincji pięknie wspomniał m.in. o swoim tacie, który zmarł 24 lutego 1991 roku: Miałem obowiązek troszczyć się o mego schorowanego Ojca, który nie posiadał nikogo bliższego swemu sercu poza mną. [...] Moja Mama, a Jego żona zmarła przed jedenastu laty. Gdy przygotowywałem mojego Ojca na ewentualność mojego przejścia do nowej prowincji widziałem jego zmartwienie spowodowane tym, że będę daleko od Niego. Obecnie sytuacja uległa zmianie. Mój Ojciec zmarł 24 lutego, w czym ośmielam się widzieć znak [...] Boży. Nie mam już zobowiązań wobec kogoś z mojej [najbliższej] rodziny, gdyż nikogo z nich już nie ma wśród żyjących.

W nowej prowincji zajmował kilka bardzo ważnych urzędów: w 1991 roku został wykładowcą teologii dogmatycznej w WSD we Wronkach; przez 4 lata był rektorem WSD, w sumie 9 lat definitorem prowincjalnym, i 6 lat wikariuszem prowincjalnym; a następnie 6 lat ekonomem prowincjalnym. Pełnione urzędy, ich liczba i czasokres piastowania, świadczą, że był człowiekiem powszechnie lubianym, bezkonfliktowym, a poza tym cenionym za swą kompetencję. Lubiany był także za dystans do siebie, za poczucie humoru. W 2011 r. Opatrzność Boża pokierowała o. Aleksandra do Wronek, gdzie miał spełniać wobec kleryków funkcję ojca duchownego WSD. Pamiętam wspomnienie byłego ministra prowincjalnego, o. Filemona Janka: o. Aleksander był bardzo dyspozycyjny. Obawiał się, ale nie buntował. Bez sprzeciwu zgodził się podjąć się zadań, które były dla niego w tej formie nowością. Podobnie ostatnie lata w Austrii były próbą jego dyspozycyjności. Miał pomóc personalnie tylko na jakiś czas... Pozostał do końca, walcząc dzielnie z ciężką chorobą.

We wspomnieniach współbraci pozostał jako przyjazny duch wspólnoty zakonnej. Był gościnny, pomocny w każdej potrzebie. Bardzo też dbał o klasztor jako wspólny dom. Zależało mu na jego estetyce i porządku. W ostatnim czasie wciąż mimo postępującej choroby udzielał się w miejscowym duszpasterstwie. Światło nadziei na ludzką śmierć rzuca wysłuchana przed chwilą Ewangelia o Wniebowstąpieniu Pańskim. Czytamy, że Uczniowie wrócili do Jerozolimy z wielką radością i wielbili Boga. Jak można to zrozumieć? Możemy w każdym razie wywnioskować, że Uczniowie nie czują się opuszczeni. Nie myślą, że Jezus odszedł od nich daleko i znikł w jakimś niedostępnym dla nich niebie. Są najwidoczniej pewni Jego nowej obecności. Mają pewność, że Jezus jest teraz właśnie wśród nich obecny na nowy, pełen mocy, sposób. Wiedzą, że prawica Boża, na miejsce której został teraz wyniesiony, zawiera w sobie nowy sposób Jego obecności, że ta obecność wśród nich jest teraz nieutracalna i że jest im tak bliski, jak może być tylko właśnie Bóg. Radość uczniów po Wniebowstąpieniu koryguje nasz obraz tego wydarzenia - odejścia. Wniebowstąpienie nie jest odejściem do jakieś odległej strefy kosmosu; jest ono trwałą bliskością, której uczniowie mają tak głębokie doświadczenie, że rodzi się z niego nieprzemijająca radość. A jak to jest z naszymi, ludzkimi rozstaniami? Jak rozumieć to dzisiejsze pożegnanie? Gdy tak się głębiej zastanowimy, to możemy dopatrzyć się w życiu prawdy: że każde ludzkie spotkanie ma w siebie wpisane rozstanie. Nie wiadomo jedynie, kiedy to nastąpi. Czy to będzie spotkanie najbardziej podstawowe, jakie dokonuje się między matką i jej dzieckiem, to spotkanie, które dla matki jest dawaniem życia, a dla dziecka jest jego otrzymywaniem życia. To spotkanie, które ma ze strony matki tak wiele bezinteresowności, a ze strony dziecka tak wiele uroku. Wnosi w ich życie tak wiele. Przychodzi jednak taki moment po latach, kiedy te więzy domowe się zmieniają i młodzi ludzie odchodzą, by żyć samodzielnie. I często spotykają inne osoby, z którymi już przez wolny i świadomy swój wybór, z miłością chcą być do końca życia. Także te spotkania, które mają w sobie często tak wiele ciepła i blasku, kończą się rozstaniami, bo zawsze ktoś pierwszy odchodzi, a drugi pozostaje...

Poznajemy i poznajemy się także z ludźmi z sąsiedztwa, pracy, ze studiów, ze szpitala. Tworzymy więzy, także przyjaźnie, które nas rozwijają. Angażujemy się. Poznając innych dajemy się często porwać fascynacji czy to dobrocią czy talentem, czy jakimś wew. urokiem osoby. Później jednak podobnie przychodzi kres tego wszystkiego, bo każdy musi wracać do swoich zajęć, do swego życia. Nie sposób utrzymać przecież wszystkich więzi, bo głowa zbyt mała, bo dzień zbyt krótki by do wszystkich zadzwonić, napisać choćby sms'a... Są niekiedy w naszym życiu także takie spotkania i takie znajomości czy może nawet przyjaźnie, które nie są dobre, nie ubogacają, ale ubożą. Bo nie są zawarte szczerze, bo z nich rodzi się grzech i krzywda dla rodziny. I często, z rozsądku i z bólem, ludzie decydują się na rozstanie, decydują się zakończyć te znajomości, aby ocalić inne, ważniejsze relacje. Gdy tak zastanawiamy się nad tym prawem ludzkich spotkań i rozstań, nad tym związkiem: pełnych nadziei spotkań i tak bolesnych rozstań, to być może rodzi się w nas smutna refleksja, że to wszystko nie ma sensu. To wszystko jest tak nietrwałe... Może rodzić się także zawód, rozczarowanie i bunt, szczególnie wtedy, kiedy wzajemna więź była bardzo serdeczna. Kiedy wartość i ciężar spraw, które się poruszało lub które się dokonywały między ludźmi, były wielkie i wyjątkowe. A teraz tych ludzi już nie ma... Albo gdy teraz przebiegnie nam przez głowę myśl, że kiedyś się z tymi ludźmi rozstaniemy... Nie chcemy, nie potrafimy o tym myśleć, tak bardzo wydają się nam nieodzowni w naszym świecie... Pocieszeniem jest dla nas fakt, że także Syn Boży Jezus Chrystus nie wyłączył się spod tego prawa spotkań i rozstań, ale zechciał je solidarnie z nami doświadczać. Po 30 latach ukrytego życia w Nazarecie, opuszcza Matkę, aby głosić Ewangelię. Maryja się godzi na to rozstanie, bo ono jest szansą dla innych, aby usłyszeli prawdę o Ojcu, aby dostąpili zbawienia. Później było rozstanie z Apostołami i odejście do Ojca. Chrystus odchodząc daje uczniom jednak obietnicę: idę przygotować wam miejsce, wrócę ... i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie ja jestem. No i Wniebowstąpienie Pana. Dla Uczniów to kolejne rozstanie. Oni jednak zrozumieli już sens ziemskich spotkań i rozstań. Widzą, że to ogałacanie serc przygotowuje w nich taką duchową przestrzeń, pojemność, którą napełni radość bez końca, że Maryja jest pierwszą, a oni kolejnymi wśród tych, którzy w niebie dostąpią spotkania z Bogiem w pełni; spotkania, które nie będzie już naznaczone żadną groźbą rozstania, które spełni wszelki głód spotkania, więzi i głód miłości. To trudna lekcja o ludzkim losie i o wielkiej chrześcijańskiej nadziei. Chciejmy tę prawdę dzisiaj przemodlić, przemyśleć i z niej czerpać światło na trudy rozstań, które nas jeszcze w tym życiu czekają i czerpać siłę do dalszej pracy nad sobą w nadziei na spotkanie z Bogiem w niebie.

Chciejmy w imię tej wiary towarzyszyć Ojcu Aleksandrowi modlitwą i miłością, prosząc dla niego i dla nas samych o Boże miłosierdzie, o łaskę radość z Bogiem w niebie".

Pogrzeb o. Aleksandra Kwaśnego OFM
Pogrzeb o. Aleksandra Kwaśnego OFM
Pogrzeb o. Aleksandra Kwaśnego OFM
Pogrzeb o. Aleksandra Kwaśnego OFM
Pogrzeb o. Aleksandra Kwaśnego OFM
Pogrzeb o. Aleksandra Kwaśnego OFM

Franciszkanie
Poleć stronę franciszkanie.net
Poleć naszą witrynę swoim znajomym


Franciszkanie
Polecamy
James Maniackal w Kadynach
Warsztaty Pakość wrzesień 2017
Franciszkańskie Liceum Ogólnokształcące
FRANCISZKAŃSKA BURSA DLA MŁODZIEŻY MĘSKIEJ - OLSZTYN
Instytut Świecki Misjonarek Królewskości Chrystusa
Liceum Franciszkańskie w Toruniu
1% podatku na szkoły franciszkańskie

Tapety na pulpit
Franciszkanie
Refleksje

Chwalcie i błogosławcie mojego Pana, dziękujcie Mu, i służcie z wielką pokorą.
(św. Franciszek z Asyżu)

Franciszkanie