10 lutego 2012
Aktualności

Jak św. Franciszek rozwiązał problem cierpienia

Data dodania: 2010-02-24

Jak św. Franciszek rozwiązał problem cierpienia

            Cierpienie – to odwieczny problem człowieka, związany ze skażeniem natury ludzkiej przez grzech pierwszych rodziców. Spośród wszystkich istot żywych najbardziej cierpi człowiek i nic nie jest tak nieodłącznym towarzyszem człowieka jak cierpienie.

            Człowiek jednakże odnosi się na ogół z dezaprobatą do cierpienia. W historii ludzkości były już różne systemy filozoficzne i społeczne, które usiłowały rozwiązać pozytywnie problem cierpienia. Dzisiaj medycyna walcząc z chorobami, walczy także z cierpieniem. Tymczasem trzeba stwierdzić, że cierpienia zawsze były, są i najprawdopodobniej będą w każdym czasie i w różnej postaci. Nie znaczy to jednak, że człowiek ma biernie poddawać się cierpieniom i że nie ma z nimi walczyć.
            Nowe spojrzenie na cierpienie i nowy stosunek do niego wyznaczył Chrystus i chrześcijaństwo, które nie obiecując raju na ziemi, wskazuje na sposób, w jaki można cierpienie łagodzić i wykorzystać dla osiągnięcia nagrody w życiu przyszłym.
            Chrystus wszystkim swoim naśladowcom wyznaczył raz na zawsze właściwą postawę wobec problemu cierpienia. Jego ludzka natura także wzdrygała się na myśl o czekającym Go cierpieniu. W Ogrodzie Oliwnym pocił się krwawo, lękał się przyszłej męki i modlił się: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich. Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty” (Mat 26,39).
            Wiernym uczniem i naśladowcą Chrystusa był św. Franciszek z Asyżu. Obok tajemnicy Wcielenia Syna Bożego, ogromne wrażenie i piętno na jego życiu wywarła tajemnica cierpienia i śmierci na krzyżu Chrystusa Pana. Pałał on niezmierną miłością do Pana Jezusa Ukrzyżowanego, do którego upodabniał się coraz bardziej aż do otrzymania stygmatów na górze Alwerni na dwa lata przed śmiercią.
            Franciszek bardzo wiele cierpiał w swoim życiu zarówno fizycznie, gdy chorował przez znaczną część życia m. in. na wątrobę, śledzionę, żołądek, a potem i na oczy, jak również duchowo, psychicznie, stając przed trudnymi do rozwiązania problemami nowo założonego Zakonu. Obok Franciszka śpiewającego i radosnego, spotykamy często także Franciszka cierpiącego i płaczącego.
            We wrześniu 1224 r. Franciszek na górze Alwerni otrzymał na rękach, nogach i boku stygmaty, czyli blizny męki Pana Jezusa. Można teraz o nim powiedzieć, że stał się ukrzyżowanym sługą Ukrzyżowanego Pana. Nie wiele osób zasłużyło sobie na to, by móc  oglądać czy dotykać święte rany Franciszka.
            „Gdy bowiem pewnego razu brat Rufin – jak opisuje Tomasz z Celano – położył rękę na piersi Świętego, aby zrobić mu masaż, ręka zsunęła mu się na prawy bok…i wówczas przypadkiem dotknął owej rany. Z powodu tego dotknięcia Franciszek poczuł wielki ból i odpychając rękę Rufina od siebie zawołał, by Pan mu przebaczył”.
            Jednakże z innych źródeł wiemy, iż mąż Boży, mimo wielkiego bólu przeżywanego po ludzku, odczuwał równocześnie wielką słodycz, niewymowną radość i przedziwną rozkosz duchową. Jak to jest możliwe – pytamy dzisiaj?
            W styczniu 1226 r. św. Franciszek przybył do miejscowości Fontecolombo, by tutaj poddać się operacji oczu, którą zalecali mu kardynał Hugolin i brat Eliasz,  ówczesny wikariusz generalny Zakonu. Operacja miała być dokonana przez wypalenie rozżarzonym żelazem kawałka skóry w okolicy między prawą brwią i prawym uchem.
            Przed operacją, gdy lekarz rozgrzewał żelazne narzędzia, Franciszek prosił brata ogień w imię Pana, aby złagodził swą gorącz w sposób możliwy do zniesienia tak, by nie utracił kontroli nad sobą; potem zrobił znak krzyża nad ogniem i poprosił lekarza o dokonanie wypalenia.
            Brat Leon następnie opowiadał, że on i inni bracia przerażeni tym widokiem, pouciekali. Gdy wrócili, św. Franciszek zganił ich za to, że nie mieli wiary w skuteczność jego modlitwy i oświadczył, że nie czuł żadnego bólu. Czy jest to możliwe? Czy naprawdę Franciszek nie odczuwał bólu? Jak można wytłumaczyć to przedziwne zjawisko?
            Tu dochodzimy do sedna sprawy, jeśli chodzi o rozwiązywanie problemu cierpienia przez św. Franciszka.
            Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku obszernie na ten temat wypowiadała się Matka Bazylea, zakonnica z ewangelickiej wspólnoty Sióstr Maryi w Darmstadt – Eberstadt. Jak opisuje owa protestancka zakonnica o dużym zmyśle ewangelicznym, miała ona życie niełatwe, pełne przeciwności, zmagań i cierpień. Do jej rąk dostało się przypadkowo pewne czasopismo franciszkańskie, które po  przeczytaniu go spowodowało w niej wielkie zdziwienie tym, że Franciszek gorąco pragnął dzielić życie Chrystusa cierpiącego.
            Matka Bazylea sama także została doświadczona przez cierpienie, gdy chorując przez 5 miesięcy nie opuszczała łoża boleści. Słysząc w tym czasie o Alwerni, zapragnęła tam wybrać się. Az dwa razy miała okazję być w Alwerni, dzięki czemu nauczyła się od św. Franciszka wielkiej rzeczy, którą – używając jej słów – w dużym skrócie można przedstawić następująco:
            „Zrozumiałam, że to właśnie Franciszek daje rozwiązanie problemu cierpienia, które w dzisiejszym świecie  nurtuje wiele umysłów. W św. Franciszku widzimy człowieka, który opanował cierpienie. Nauczył nas metody jego rozwiązywania: Kochał cierpienie  i miłością przekształcał je w radość. Pragnę wyjaśnić to lepiej: Św. Franciszek kochał cierpienie tylko dlatego, że kochał Pana Jezusa, jak małżonka zakochana w swym mężu, pragnie razem z nim iść tą samą drogą chociaż byłaby ona pełna cierni. U Franciszka miłość do Jezusa jest tym, co rozpala miłość do cierpienia”.
            „I to jest logiczne: gdy kocham Jezusa, jestem jedno z tym, który jest szczęściem i radością w sobie samym. Przeto każde cierpienie z Chrystusem, jednoczenie się w Jego Męce, winno być dla nas największym szczęściem. To odczuwałam w historii św. Franciszka. Dzisiaj chciałabym śpiewać pieśń pochwalną na cześć tajemnicy świętych ran. Z tych ran bowiem wytryska siła, zwycięstwo i życie”.
            Jak łatwo można stwierdzić, Matka Bazylea okazała się pojętną uczennicą św. Franciszka. Odkryła bowiem sekret jego duchowej radości w cierpieniu i przekazała nam wszystkim Franciszkowe rozwiązanie problemu cierpienia w matematycznej niemal formule:
            Cierpienie + miłość = radość.
            Innymi słowy: jeżeli ktoś cierpi, fizycznie czy duchowo, ale cierpi z miłości do Chrystusa, to tą miłością gasi niejako cierpienie albo przynajmniej je łagodzi; po prostu przestaje je odczuwać, a za to jego serce napełnia się radością duchową, która jest zapoczątkowaniem radości wiecznej.
            Na świecie było i jest zawsze dużo ludzi cierpiących w różnym stopniu i w rozmaity sposób. Ponieważ człowiek jest istotą fizyczno-duchową, więc i jego cierpienia są natury bądź fizycznej, bądź duchowej czy psychicznej; te ostatnie bowiem są o wiele bardziej przykre i dotkliwe niż te pierwsze.
            Na zakończenie pozostaje tylko wyrazić gorące życzenie, aby ci wszyscy, którzy zostali dotknięci jakimkolwiek cierpieniem, nauczyli się od św. Franciszka jego wspaniałej i na wskroś chrześcijańskiej metody rozwiązywania wszelkich trosk, kłopotów, bólów i cierpień.
            Oby wszyscy mogli się przekonać, że trwałego i poprawnego rozwiązania ludzkich cierpień nie przyniosą: narkotyki, alkohol, rozrywki, podróże, dyskoteki, gry czy zabawy, ani nawet współczesna, wysoko stojąca medycyna, lecz jedynie prawdziwa i serdeczna miłość do Chrystusa, do Jego Męki i Krzyża, albowiem słuszne są słowa wielkopostnej pieśni:

            W Krzyżu cierpienie, ale i w Krzyżu zbawienie.

O. Grzegorz B. Błoch OFM


Franciszkanie
Poleć stronę franciszkanie.net
Poleć naszą witrynę swoim znajomym


Franciszkanie
Polecamy




Franciszkanie
Refleksje

Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu, przygotuj swą duszę na doświadczenie! (Syr 2,1)

Franciszkanie